Recenzja „Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę”

„Ojeju, jakie to ładne! Toż to opasłe tomisko, a jaka miła faktura okładki! Zobacz, jaki papier przyjemny w dotyku! Kurcze, a jakie to ciężkie! Ale przyjemnie się trzyma. Dobrze dobrana czcionka, wygodna dla oka, a zobacz to zdjęcie! O matulu, ile tego wszystkiego jest itd. itd.” Tak wyglądało pierwsze 10 minut po otworzeniu paczki z książką Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę. Mój Grzegorz żałował, że tego nie nagrał. Podobno udało mi się połączyć jednocześnie emocje swojego wewnętrznego dziecka, radość fanki wraz z podskokami i poważne spostrzeżenia recenzentki. A po tym poszłam na balkon z wyrazem twarzy, który oznaczał jedno: Nie przeszkadzać.

Książka ta wizualnie jest zupełnie inna niż dotychczasowe części Jeżycjadowe. I bardzo dobrze bo z miejsca podchodzimy do niej inaczej. Mimo, że od razu zabrałam się za czytanie, to kolejne kartki przewracałam z jakimś pietyzmem, mniej śpiesznie, bardzo uważnie studiując i wiedząc, że wkraczam w świat, o którym dotychczas nie wiedzieliśmy zbyt wiele.

Formuła Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę jest naprawdę ciekawa. Poniekąd mamy do czynienia ze skrupulatnie uporządkowanym leksykonem, jednak same wyjaśnienia są już zupełnie inne, puszczają do nas oko i kipią humorem. Co to znaczy? 1000% esencji literackiej Małgorzaty Musierowicz, która tym razem z uśmiechem pokazuje nam, że fikcja literacka pochodzi prosto z życia. Jednak dobry pisarz nie kopiuje swojej rzeczywistości, a umie kreatywnie wykorzystać jej fragmenty do stworzenia czegoś zupełnie nowego.

Żelazna zasada Małgorzaty Musierowicz to nietworzenie postaci na podstawie charakterów swoich bliskich. Kolejna to: Wszystko, cokolwiek człowiek tworzy, nieodmiennie musi wyrastać z tej gleby, z której on sam wyrósł. Możecie pomyśleć, że dwa te podejścia wzajemnie się wykluczają, ale tak nie jest. Pani Musierowicz wie, jak pięknie zmiksować oba te światy. Finalnie fabuła Jeżycjady nabiera realistycznego sznytu, łączy w sobie to, co wyobrażone i to, co przeżyte. A Na Jowisza odkrywa przed nami sytuacje i osoby, które miały wpływ na Jeżycjadę.

I tak hasło po haśle odwiedzamy różne światy równoległe MM, a to barwny życiorys autorki (już od urodzenia los postanowił obdarzyć ją wręcz książkowym zwrotem akcji!), przekazany we wspomnieniach opatrzonymi zdjęciami, listami i rysunkami, a to galerie portretów bohaterów w tym mojej ulubionej Gizeli Kalemby, jej męża i taty Kłamczuchy, zahaczamy o piękne ilustracje, a to przenosimy się na piękne Jeżyce, a także poza rejony Poznania.

A co było dla mnie najważniejsze?

Oczywiście bliższe poznanie Małgorzaty Musierowicz, która w dużym skrócie sama jest Jeżycjadą od A do Z. Pełna radości, optymizmu, umiłowania do życia, do rodziny, literatury, sztuki i wprost kipiąca poczuciem humoru. Ale nie tylko, bo doświadczyła też szarzyzny życia i jej problemów, przeciwności i smutku, po prostu umiała im stawić czoła.

Dowiadujemy się, że obdzieliła ona swoich bohaterów pojedynczymi pierwiastkami swoich doświadczeń, upodobań i cech. Po lekturze Na Jowisza cała fabuła Jeżycjady nabiera jeszcze większego kolorytu i ciekawego kontekstu. Co więcej, pisząc tę książkę chyba sama autorka odkrywała, jak liczne są wstawki z życia, które czasami popełniała po prostu nieświadomie.

Rodzina pani Musierowicz, a wcześniej Barańczak, to ciekawa historia sama w sobie, o której czyta się z przyjemnością i pewną nostalgią. Łacina rzeczywiście może „fruwać” między domownikami, a książki rzeczywiście mogą być najwspanialszym materialnym skarbem w rodzinie. Być niż mieć jest możliwe i szalenie wartościowe. Można też jednocześnie spełniać się zawodowo i prywatnie, choć zajmowanie się czteroosobowym stadkiem dziecięcym i wieloosobowym i wielopokoleniowym stadkiem literackim, jest zadaniem trudnym, oj niezwykle trudnym! A trzeba dodać do tego pełnoetatowe odpisywanie na morze czytelniczych listów, pełnych próśb, uwielbienia, a czasami i niezadowolenia.

Nie chcę odbierać Wam przyjemności odkrywania tej przepysznej literackiej bombonierki pełnej ciekawostek, anegdot i wspomnień, ale mogę na przykład zdradzić, że fatum ślubne jest znane autorce z autopsji i to jak! Piesek Gieniusi też miał swój pierwowzór w rodzinie Musierowiczów, jednak nie miał aż tak dramatycznej historii w tle. A są też takie smaczki jak to, że nasza droga MM zapałała niegdyś wielką miłością do fajerwerków. Akcenty japońskie w Jeżycjadzie nie znalazły się przypadkowo, bo w kraju Kwitnącej Wiśni fenomen Borejków ma się bardzo dobrze! Dowiemy się więcej o jakże ważnym temacie naszych fanowskich sporów, czyli o mieszkaniu. Czy istniało naprawdę? Nie powiem!

Przemiło jest poznać bliżej MM, bo jej świat jest naprawdę ujmujący i pokazuje postawę, która może być inspiracją dla każdego.

Uśmiech bywa aktem męstwa, smutek to słabość i postawa zbyt wygodna. Być radosnym i dobrym, kiedy świat jest smutny i zły, to mi dopiero odwaga. (Opium w rosole)

I myślę, że to zdanie wypowiedziane przez Gabrysię Borejko, MM jest szczególnie bliskie, choć osobiście myślę, że lepiej byłoby zamienić to słówko na: optymizm. Zachowanie go może nas uratować. Drugim ważnym przesłaniem jest wartość płynąca z bliskości z rodziną. Wiedzieliśmy o tym z Jeżycjady, a ta książka bardzo to potwierdza prawdziwym życiem. Równie mocno podoba mi się pokazanie wartości czytania. Mam wrażenie, że MM subtelnie nam podpowiada: czytajmy kochani, czytajmy dużo i chętnie, bo literatura może nas wzbogacić, kształtować, uchronić i przenosić w rejony, które nie były dla nas dostępne. A jak wiecie książki w życiu Małgorzaty Musierowicz to wielka odwzajemniona miłość. I o tym również możemy się dużo dowiedzieć, a uczucie to zdecydowanie jest zapisane w genach całej jej rodziny. Pamiątki z albumów okraszone opowieściami, emanują domowym ciepełkiem, które znamy już doskonale z domu Borejków. A anegdot jest naprawdę mnóstwo, bawią i wzruszają.

Nie można też pominąć bardzo użytecznego spacerownika, który przyda się każdemu czytelnikowi podczas podboju Jeżyc.

Wszystkie architektoniczne zdjęcia, jakie możemy w leksykonie zobaczyć, pięknie oddają klimat i ducha Jeżyc. Wiem co mówię, veni vidi vici. Spacerując po nich chodziłam dosłownie z zadartą głową, oglądając je ponownie na fotografiach przypomniałam sobie wszystkie przepiękne detale, a przy tym poznałam nowe. To właśnie Emilia Kiereś zabrała nas w ten fotograficzny spacer po Jeżycach, a z tego co nam wiadomo ona odpowiada też za zbiór haseł do rozwinięcia. Miałam niejasne wrażenie, że córka była tu reżyserem, a matka wspaniałym scenarzystą, gdyby zastosować filmowe odniesienia do podziału ról, ale to tylko subiektywne uczucie. Obie te utalentowane głowy, różne, a jednak bardzo podobne, stworzyły coś pięknego, coś czego każdy fan Jeżycjady zdecydowanie potrzebował i zdecydowanie na to czekał.

Tak jak napisałam już wcześniej, mam wrażenie, że o ile MM nie może nas wszystkich zaprosić na obiadek, to właśnie tą książką zaprosiła nas do swojego świata i częstuje wszystkim, co najlepsze. 

Smakowitego czytania!

Książkę można zakupić tutaj:

https://egmont.pl/Na-Jowisza-Uzupelniam-Jezycjade,26667016,p.html

Jedna uwaga do wpisu “Recenzja „Na Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę”

  1. Kupiłam, ale z racji braku czasu spowodowanego pracą od rana do popołudnia i szkołą wieczorami, nie mialam jeszcze czasu porządnie do niej zajrzeć. Chyba czas poświęcić jej choć najbliższy weekend, bo tak się pięknie z półki uśmiecha ♡ a ztego co czytam, to naprawdę warto ♡

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s