Na Dzień Ojca

– Tato, halo – to ja.

– Aurelia! Jeszcze nie śpisz? Wpół do drugiej. Gdzie ty jesteś?!

Znów na dworcu?

– Nie, koło domu babci, na Rynku. Nie masz pojęcia, jak tu cicho i spokojnie. Nie ma żywej duszy na ulicy, wszyscy śpią. Ciemno w każdym oknie.

– Dlaczego ty nie śpisz?

– A ty?

– Och, ja. Ja w ogóle źle sypiam. Pracowałem do późna, a teraz – taki jestem zmęczony, a spać nie mogę. Zszedłem na dół i piłem mleko.

– Myślałam o tobie. Pewnie dlatego nie mogłeś spać. Telepatia.

– Myślałaś o mnie? Bardzo… źle o mnie myślałaś?

– Nie. Wcale nie. Pomyślałam… że powinieneś tu przyjechać. W sobotę. Do mnie, bo jestem twoją córką. I do babci, bo jest twoją matką. Ona jest cudowna, wiesz? I ja ją kocham.

– Ja… też, też ją kocham. Tylko…

– Tylko co? O, milczysz. Tato, to co, przyjedziesz?

– Przyjadę… może. Nie wiem. Mam tyle pracy. Pilnej. Zawsze mam pilną pracę.

– Tato, czy ty mnie – albo nie. Nic. Więc nie, więc tylko ci powiem – och. To jest jednak bardzo trudne.

– Ale powiedz, proszę.

– Chciałam ci powiedzieć, że kocham – babcię.

– Tak.

– I że – że – że – ciebie też. Tato? Tato!!!

– Jestem. Ja… posłuchaj, ja – po prostu, ja przyjadę. Przyjadę w sobotę. Zaraz po pracy, wsiądę w pierwszy pociąg i przyjadę.

Dobrze?

– Dobrze, tak ma być.

– Myślałem, że mnie nienawidzisz. Za to, że ja was – no, że odszedłem.

– Nie, nie! Nie, tato!

– Nie odzywałaś się do mnie. Nawet na mnie nie patrzałaś.

Uciekałaś na górę, kiedy przychodziłem!

– Bo ja myślałam, że to ty nie możesz na mnie patrzeć!

– A ja myślałem, że ty mi nie możesz wybaczyć…

– Bo nie mogę!!! Tego nie można wybaczyć!!!

– Nie krzycz tak! Słuchaj, jest noc…

– Dlaczego od nas odszedłeś! Zdradziłeś nas! Dlaczego?! Nie jesteś dorosły! Nie jesteś odpowiedzialny! Ja wiem, że to nie twoja wina.

Ale z tym się trudno pogodzić, właśnie dlatego, że krzywdzisz innych!

– Błagam cię, nie krzycz. Masz rację, ale nie krzycz. Dlaczego tak krzyczysz?

– Bo cię kocham! Bo mi ciebie żal! Bo mi za ciebie wstyd!!!

Bo jesteś niedobrym człowiekiem!

– Niedobrym. Tak. Masz rację. Wszystko zrobiłem źle. Wszystko popsułem. Ale, wiesz – mnie przede wszystkim jest z tym bardzo źle.

– Pamiętaj, że cię kocham. I jeszcze – czy ty mnie choć trochę – albo nie. Nic. Po prostu przyjedź. Obiecujesz?

– Obiecuję.

– Tym razem musisz dotrzymać obietnicy. Dobranoc, tato.

– Dobranoc – córeczko.

2. Ciepło, pochmurno.
Na pewno ojciec przyjedzie tym o czternastej dwadzieścia.
Aurelia była na stacji już kwadrans przedtem. Czuła, że pulsuje żarem, jak w gorączce. I – podobnie jak w gorączce – miała lodowate ręce. Założyła je, bardzo ciasno, skuliła się i zaczęła nerwowo chodzić po peronie. Za wiele tego było, za wiele. Nie mogła wciąż jeszcze ochłonąć po tym nagłym spotkaniu z Kreską – a tu już czeka ją kolejny wstrząs.
Może nie powinna tak strasznie się denerwować, może wszystko okaże się równie proste, jasne i bezpośrednie, jak z Kreską: ledwie na siebie dziś spojrzały, a już było wiadomo, że kochają się nadal jak siostry i żaden, najmniejszy nawet cień nie zasnuwa ich przyjaźni…
Ale przecież z najbliższymi jest zawsze najtrudniej. A nie miała już nikogo bliższego niż ojciec.
Zamartwiała się teraz, chodząc szybkim krokiem w tę i z powrotem po peronie. Co też ona mu nagadała w nocy przez telefon! Jak też miała odwagę! – Teraz, za dnia, twarzą w twarz z ojcem, na pewno nie znajdzie w sobie ani odrobiny odwagi. Bała się, że po tym, jak on sobie rozważy jej obraźliwe krzyki, nie zechce przyjechać.
Ale przecież obiecał!
A jak już przyjedzie? Cóż ona może powiedzieć mu jeszcze?
I jakie powinny być jej pierwsze słowa?
Zatrzymała się przy końcu peronu i zapatrzyła w daleką, prostą linię torów, po których miał nadjechać pociąg.
A potem spojrzała w bok i zobaczyła biedronkę.
Czerwona jak kropelka krwi, biedronka chodziła sobie po wewnętrznej stronie starej, żelaznej obręczy, leżącej za siatką, na terenie składnicy złomu. Biedronka przystawała i ruszała dalej, zawracała nagle i znów podejmowała wędrówkę.
I co chwila była na początku jakiejś drogi.
Koniec wędrówki był zarazem jej początkiem. Łoskot pociągu wpadającego na stację kazał Aurelii podnieść głowę, a biedronkę skłonił do krótkiego postoju. Zamigały niebiesko – żółte wagony i Aurelia zdała sobie sprawę, że jeśli zamierza znaleźć ojca w tłumie ludzi wysypujących się na peron, powinna stanąć jak najszybciej u jego przeciwnego końca, przy wylocie na ulicę.
Pobiegła pustym jeszcze peronem, ale pociąg zahamował już ze zgrzytem, z głośnym syknięciem otwarły się wszystkie drzwi równocześnie i ludzie zaczęli wysiadać, wysiadać… peron zaroił się od idących. Aurelia dopadła wyjścia w chwili, gdy pierwsi pasażerowie już mijali budynek dworcowy.
Stała, szybko oddychając, gryząc nerwowo palec. Przeszła gromadka chłopaków w sportowych dresach, przeszły kobiety z koszykami, z przyjaznym uśmiechem minęła Aurelię pani Kwieciszewska. Ludzie szli i szli, a ojca nie było widać.
Nie przyjechał.
Zerwał się wiatr, przepędził chmury i nagła jasność słońca zalała cały peron.
Już nikogo na nim nie było.
Oprócz biedronki.
Dlaczego nie przyjechał?
Może się bał. Taka długa, długa droga do odrobienia jest jeszcze przed nimi. Może się tego wystraszył.
Biedak. Ale przecież to tu – właśnie tu, teraz, zaraz – jest początek drogi. Najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku.
A on nie chciał go zrobić.
Zupełnie zziębnięta, Aurelia zawróciła, wlokąc nogę za nogą i doszła bocznym wyjściem do ulicy.
Kiedy już była przy kiosku Kodaka, usłyszała, jak z głośnym, głuchym odgłosem zamykają się drzwi budynku dworcowego.
Ktoś wyszedł i teraz stał na schodkach, nieszczęśliwy, niepewny i zamyślony.

– Aaaa!!! – wrzasnęła Aurelia ochryple, ze wszystkich sił, prędzej, niż pomyślała, w jakie słowa chciałaby ubrać swój krzyk.
Ojciec podniósł głowę, zszedł po schodkach, najpierw powoli, potem szybciej – i przystanął. Jak wmurowany.
Chciała natychmiast biec do niego, rzucić mu się w ramiona, zatonąć w opiekuńczym uścisku, za którym tak długo tęskniła – ale nie mogła ruszyć się z miejsca. Zresztą ona już zrobiła swój pierwszy krok. Teraz kolej na niego.
Pociąg nagle ruszył z peronu, z narastającym stukotem, a potem, cichnąc, oddalał się w kierunku Gniezna. Ojciec stał bez ruchu: nieduża, krępa postać w prochowcu, z teczką w prawej ręce.
Chodź – zaklinała go w duchu Aurelia, zaciskając pięści tak, że aż ją ścięgna bolały. – Chodź tu, prędzej. Zrób krok, zrób pierwszy krok, zobaczysz, że to już wystarczy…
A czuła się przy tym, jakby naprawdę czarowała.
Ojciec poruszył się. Poszedł szybko naprzód – przystanął – i nagle pobiegł bardzo szybko w jej kierunku, wymachując teczką, którą trzymał w odstawionej ręce, cały jakoś niezdarnie przechylony na bok.
Aurelia wyciągnęła ramiona – i ojciec wpadł w ten jej uścisk, jak do gniazda.
Przytuliła go mocno. Straszny płacz złapał ją za gardło – ale jeszcze się powstrzymała.
Ktoś tu musiał być silny – i nie płakać.

Dziecko Piątku

2 uwagi do wpisu “Na Dzień Ojca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s