Tym razem na serio… Opowieści prawdziwe

Pewna Kasia, kolejna zwariowana fanka Jeżycjady, przywiozła mi ostatnio do Lublina książkę, którą zamierzałam przeczytać od dawna, Tym razem na serio, czyli autobiografię Małgorzaty Musierowicz.

Planowałam sobie podczytywać ją na spokojnie wieczorami, ale poszło szybko i gładko, nie mogłam się oderwać. Nie wiem czy autobiografia to dobre gatunkowo określenie dla tej publikacji, ponieważ mamy tu bardzo wątków innego rodzaju, chociaż fundamentem całej opowieści jej oczywiście MM.

Książka jest napisana po prostu świetnie, z zacięciem, humorem, dystansem i z pewną czułością, ale i powagą. Obszerną częścią i jakże ważnym wstępem jest opisanie przodków pani Musierowicz. Ma to duże znaczenie, ponieważ dowiadujemy się sporo o ludziach i zdarzeniach, które sprawiły, że życie MM potoczyło się tak, a nie inaczej.

Jakże kluczowy dla nas talent pisarski objawiał się już u babci MM, Weroniki Konopińskiej po mężu. Babcia MM zapisywała swoje wspomnienia w pamiętnikach i to właśnie z nich dowiadujemy się również sporo o jej naprawdę trudnym dzieciństwie, głównie przez relacje z matką, która blokowała jej potrzebę kształcenia się. Weronika jako rudzielec i głucha na jedno ucho miała małe szanse na zamążpójście, ale finalnie znalazł się kandydat. I to rudy! Wyszła za Walentego Konopińskiego, którego nie znała przed ślubem. No cóż, współcześnie wydaje się być to trochę straszne, kiedyś swatanie i aranżowanie ślubów było normą. Walenty okazał się być przyzwoitym i bardzo zabawnym człowiekiem, zatem małżeństwo było chyba całkiem udane. Oboje byli wspaniałymi, bardzo zaangażowanymi i kochającymi rodzicami. Doczekali się pięciorga dzieci: Mariana ,Stefana, Seweryna, Marię i Zofię, mama MM, również ruda. Rodzeństwo to było niezwykle zżyte, każde z nich oprócz pędu do edukacji w spadku dostało wielki talent do opowiadania anegdotek.Weronika mm niestety nie mogła zrealizować swojego „głodu” wiedzy, ale zrobiła wszystko co w jej mocy, ażeby jej dzieci, w tym matka MM, miały jak najlepszą edukację. Jak możecie się domyślić czasy były ciężkie, każdy grosz miał znaczenie, bieda zaglądała rodzinie Konopińskich w oczy. Jednak nawet z małymi środkami dzieci sumiennie się uczyły, a ich matka podczytywała wszystko razem z nimi. Najstarszy z dzieci, Marian, został księdzem i miał naprawdę dobre perspektywy na przyszłość. Niestety wojna doświadczyła rodzinę okrutnie, Marian został jednym z więźniów obozu w Dachau, gdzie stał się ofiarą eksperymentów medycznych, umarł wycieńczony i odarty z człowieczeństwa. Dla babci MM, jak i całej rodziny, było to przerażające doświadczenie. Uratowała ich silna więź i wola przetrwania. Oto jak pisze o nich MM:

Odczuwali radość z opowiadania tak, żeby było śmiesznie, puentowania z wyczuciem tam, gdzie trzeba, wszyscy cieszyli się już nie tylko treścią opowiadania, a tym, że mechanizm narracyjny działa tak gładko i bez zarzutu. Wszyscy mieli to typowo wielkopolskie, dobroduszne poczucie humoru pozbawione złośliwości, która bierze się przecież z niechęci do bliskich. Ich przycinki były poczciwe, tak, by nie urazić, nie zrazić. Jeśli śmieli się z bliźnich – to z ich słabostek, a nie słabości.

Byłoby wspaniale, gdybyśmy wszyscy posiadali taką umiejętność! Rodzeństwo zostało też nauczone pracowitości i potrzeby robienia czegoś dla bliskich. Mama MM i jej siostra Lucia nawet podczas oglądania telewizji musiały mieć zajęte ręce szydełkowaniem. Byli też bardzo pobożni. Obecnie od razu mam skojarzenia z mocno zaistniałym ostatnio polskim fanatyzmem i dzieleniem społeczeństwa, jednak w wydaniu Konopińskich wyglądało to tak:

To też jest cecha Konopińskich – to skierowanie na zewnątrz: żeby dawać jak najwięcej, a nie brać. Tak naprawdę ma to źródło w pobożności prostej i szczerej, rzetelnej, ale bez cienia dewocji czy fanatyzmu (rzecz najzupełniej obca Konopińskim! – podobnie jak Jowialskim). To jest spokojna pobożność, bardzo dyskretna, bez ostentacji, bez potrzeby narzucania komukolwiek swych przekonań, strofowania, nawracania, bez cienia jakże nam wszystkim dobrze znanej ostatnio niechęci wobec tych, co myślą i czują inaczej. Nie mogę sobie wyobrazić swoich wujów czy dziadków grzmiących, pouczających, jak trzeba wierzyć. Byli na to zbyt pokorni.

To zupełnie niezwykłe jak wiele cech bohaterów Jeżycjady można odnaleźć w otoczeniu MM, jak i w niej samej. Dlatego ta lektura jest bardzo wciągająca, ponieważ nikt tu nie jest bezpośrednim pierwowzorem, jednak wiele pierwiastków możemy odnaleźć. Borejkowa energia rodzinna, poczucie humoru, umiejętność opowiadania anegdot i prowadzenia dykteryjek istniała również w rodzinie MM. Całe rodzeństwo Konopińskich wraz z ich rodzinami byli ciekawymi ludźmi, którzy naprawdę mają w sobie mnóstwo Borejkowskiej energii i pokory.

Wszyscy bardzo uzdolnieni, inteligentni, dowcipni, ciepli i dobrzy ludzie. Nie rozumiem, dlaczego my, następne pokolenie, już tacy nie jesteśmy. To oni przecież cierpieli biedę, to oni przeżyli wojnę, stracili ukochanego brata – swoją dumę i nadzieję, zobaczyli świat i ludzi od najgorszej strony. Ale to nie oni, a my jesteśmy już pozbawieni tej spontanicznej radości i – może – naiwności? Nie zaznaliśmy przecież ani biedy, ani wojny. Oni – owszem. A jednak do późnej starości zachowują dziecięcą radość, świeżość uczucia, smak do życia.

Jeżeli pokolenie MM straciło radość z prozy życia, to co powiedzieć o naszym?

W 1945 roku na świat przyszła Małgorzata. Jej pierwsze chwile na świecie były ciężkie, jak pamiętacie niemieckie pielęgniarki nawet pomyliły ją z jakimś chłopcem, ale jest to też osłodzone pewnymi anegdotami, dwie znacie z Jowisza, kolejna to ta o dziadku, który nie chciał zabierać wnuczki na spacery z wózeczkiem, bo mężczyźni wtedy po prostu nie zajmowali się takimi czynnościami.

Z tego okresu pochodzi urocza opowieść o Dziadku Walentym. Pędził on wówczas błogie chwile zasłużonego wypoczynku, podczas gdy moja Mama, w wirze pracy i nauki, z trudem wynajdywała czas na spacery z dziećmi. Próbowała namówić Dziadka, żeby wybrał się ze mną na spacer. Dziadek bronił się zajadle, twierdząc, że świat nic widział, żeby mężczyzna – do tego kowal! – łaził po ulicy z dzieciakiem w wózku!

– Co też ojciec opowiada, niech no ojciec wyjdzie na spacer i sam zobaczy, ilu dziadków spaceruje z wózkami! – przekonywała go.

Dziadek, zły, nacisnął czapkę i udał się na obchód dzielnicy Grunwald. Wrócił po jakiejś godzinie.

– No, to dalej, ubierz mi to dziecko – burknął.

I pojechaliśmy. Ponieważ, jako dziecko wesolutkie byłam już w przyjaźni z całą dzielnicą. Dziadek nagle stał się życzliwie przez wszystkich przyjmowanym opiekunem „tej kruszyny”, wysłuchiwał szczebiotów oraz komplementów i nagle sam też zyskał mnóstwo znajomych. Odtąd nikomu już nie pozwalał wyjeżdżać na spacer z wnuczką. Była to jego codzienna przyjemność. A kiedy wracaliśmy ze spacerku, miał zwyczaj oglądać ze mną książkę z obrazkami. Jedyną jaką mógł wówczas dysponować, był zdobyczny album niemiecki o historii Rzeszy. Toteż objaśnienia Dziadka („popatrz, to jest Bismarck, powiedz ładnie: Bi – smarck!”) – trafiały na podatny grunt. „Bismarck” było jednym z pierwszych słów, jakie wypowiadałam. A Dziadek – figlarz miał z tego nieludzką uciechę, zwłaszcza, że rozpoznawałam Kanclerza na każdym portrecie od pierwszego wejrzenia i nigdy go nie pomyliłam z Fryderykiem II na przykład.

Później poznajemy dzieciństwo i czas nastoletni, licealny. Z opisu tego czasu w życiu MM wynika, że była dosyć niepokorna i buntownicza, a to zbliża ją do Tygrysa. Wtedy to przeżywała bardzo ciężki czas, ale nie wiem czy wynikało to tylko ze znanego wielu okresem dojrzewania. Nazwala to wielopłaszczyznowym kryzysem. Miałam wrażenie, że tak jak i u Laury, chodzi o sprawy związane z ojcem, bo na pewno był wtedy jej życiu nieobecny lub mało obecny. Jednak to tylko moje przypuszczenia. Sama MM pisze, że to był zły czas w życiu jej rodziny i po prostu nie lubi do tego wracać. Oczywiście mimo wszystko w jej domu dalej panował ozdrowieńczy dystans i humor, bo razem z bratem Stasiem posługiwali się nimi bardzo często. O relacji MM z mamą i bratem nie piszę tutaj, ponieważ każdy kto przeczytał „Jowisza! Uzupełniam Jeżycjadę” dowiedział się jak silne i wspaniałe były.

Z perspektywy millenialsa byłam zaskoczona tym, co przeczytałam na temat relacji w szkole. MM miała bardzo bliski kontakt ze swoimi nauczycielami, wymieniała z nimi sporo listów w ciągu wakacji, pełnych troski i serdeczności. Doradzali jej, denerwowali się, gdy popełniała jakąś głupotę i niezwykle dbali o jej przyszłość. Profesor Dmuchawiec to kompilacja cech dwóch najważniejszych nauczycieli MM, profesora Latawca – polonisty MM i Węgrzynowicza – wychowawcy MM, nazywanego też Dziadkiem.

Profesor Czesław Latawiec był naszym polonistą od pierwszej do ostatniej klasy liceum. W przeciwieństwie do innych pedagogów, on jeden (no i jeszcze pani prof. Graczykowa, łacinniczka) darzył mnie wielkim uznaniem i zasypywał piątkami. Ponadto w jego obecności oddychało mi się lżej. Nasz uwielbiany „Dziadek” był Królem, Mentorem i Mistrzem. Kochało się Go gorąco, lecz z ol brzymim respektem, truchlało się w jego obecności, stawało się na baczność z przejęciem, dawało się z siebie wszystko, byle zasłużyć na jego pełne łaskawości skinienie głową. Zawsze spokojny, zawsze nienagannie ubrany, w olśniewającej koszuli z krawatem, w staro świeckim garniturze z kamizelką i dewizką, wyświeżony, dyskretnie pachnący wodą kolońską, był dokładnym przeciwieństwem Latawca. Polonista nasz kochany gnał przez korytarze wiecznie spóźniony, w rozwianym płaszczu i z rozwianym włosem, często bywał nie ogolony, rozchełstany, spod łokcia sypały mu się papiery, zeszyty i gazety, okulary nieustannie zjeżdżały mu z nosa. Spontaniczny i wrażliwy, Latawiec zupełnie nie umiał zachowywać dystansu wobec lud7.i i tylko swej wybuchowości zawdzięczał fakt, że uczennice nie właziły mu na głowę. Ponadto był porywający jako wykładowca. Literaturę kochał miłością namiętną i czytając nam na lekcjach, na przykład Słowackiego, potrafił niespodziewanie wzruszać się do łez, broda mu drżała, odwracał się, by ukryć twarz. Wykładał z ferworem, a to, co wykładał, należało notować w oszałamiającym tempie i każda z nas miała dziesiątki zeszytów do polskiego, pokrytych mało czytelnymi zapiskami z lekcji, które to gryzmoły trzeba było potem żmudnie w domu odcyfrowywać i wpisywać do właściwego zeszytu „na czysto”.

Poznajecie Dmuchawca?

Obaj ci nauczyciele nie byli szczególnie zachwyceni decyzją MM o studiach graficznych.

No, to już rób sobie co chcesz, Barańczakówna. Ale ja ci przepowiadam, że ty jeszcze będziesz książki pisać. Jak napiszesz pierwszą i sama ją zilustrujesz, to pamiętaj – masz mi ją przynieść! Wtedy może jakoś ci wybaczę twą głupotę. – przepowiedział Latawiec.

Chociaż z perspektywy czasu to chyba dobrze, ze wszystko tak się potoczyło i MM postawiła na swoim, bo pewnie, gdyby nie pewien plener malarski to nie poznałaby swojego męża Bolka. A był z niego naprawdę przystojny młodzieniec! Te pioruny i natychmiastowa strzała amora zupełnie mnie nie dziwią. Zapoznał ich i zeswatał przyjaciel MM, Grześ, który przewidział, że będzie to doskonale dobrana para. Bolek i Małgorzata doczekali się czwórki dzieci: Andrzeja, Zofii, Emilii i Bolka juniora. W kamienicy na Słowackiego 18, pomiędzy pieluszkami a kuchnią, powstawały kolejne części Jeżycjady, Najtrudniej było z Opium w rosole, które napisanie zajęło aż 5 lat, w czasie kiedy to Jaruzelski doszedł do władzy, a ulice były zdominowane przez wojska. Pierwsza wersja Opium wyglądała zupełnie inaczej od tej nam znanej. Podobno była pełna goryczy, smutku i buntu, co jest absolutnie zrozumiałe.

Gotowy tekst pierwszej wersji Opium w rosole oddałam w „Naszej Księgarni” dopiero w 1983 roku. Zamiast zamówionej wesołej powieści współczesnej dla młodzieży, przedstawiłam coś, co przy pominało „Biuletyn informacyjny” pełen oskarżeń i buntu. Historyjka o dziewczynce, zapraszającej się do obcych ludzi na obiadki, usłyszana od koleżanki – plastyczki, posłużyła mi za pretekst do przywalenia z najgrubszej rury. Wojsko na ulicach, nasza bezradność, wszyscy moi bohaterowie siedzą w pudle, ci znów internowani i tak dalej. Ulżyłam sobie: proszę bardzo, miała być powieść – jest powieść, ale niech się nikomu nie wydaje, że ja nie napisze całej prawdy! Umowy dotrzymałam, a teraz możecie tej książki nie wydać!
Danka przeczytała maszynopis, zawołała mnie do siebie, popatrzała boczkiem. – Um, bardzo ciekawe – powiedziała delikatnie – szkoda tylko, że to nie jest dobra książka.

-Nie jest dobra?!

Nie. To jest okropnie deklaratywne i zgrzytliwe. Poza tym, nie musisz krzyczeć na cały głos, powiedz prawdę – ale ciszej.
I tyle.
Zabrałam maszynopis i zacięłam się nad nim męczyć. Doszłam do wniosku, że Danka, jak zwykle, ma sto procent racji – trzeba to wszystko pokazać z innego punktu widzenia, z punktu widzenia dziecka. Geniusia powinna obserwować to wszystko, ale nawet nie komentować – tylko po prostu z tym żyć. 1 takie właśnie oskarżenie bez oskarżenia wyszło mi nagle zupełnie dobrze. Nagle coś dobrego stało się z tą książką. Być może coś dobrego stało się też i ze mną, bo przecież pisałam to Opium aż pięć lat! – tak jest – przerabiając wszystko od początku do końca, jak to już było w moim zwyczaju i w czym zaczynałam nawet znajdować przyjemność – tyle że tym razem „Nasza Księgarnia” nie popędzała. Termin oddania powieści przesunięto.

Dzięki zabiegom redaktor Danuty Sadkowskiej Opium ominęło cenzurę, a mimo wszystko zachowało znamiona buntu. W książce tej opisanych jest kilka niezwykle ważnych przyjaźni MM, które przypominają pokrewne dusze z Ani z Zielonego Wzgórza. Można pozazdrościć!

Rozpisałam się, a tekst chyba zrobił się przydługi. Tym razem na serio kończy się na roku 1995, Na Jowisza kontynuuje i rozwija pewne wątki.

Jeżeli miałabym podsumować treść tej książki to nie jest to typowa autobiografia. Przede wszystkim MM pokazuje nam jak wielką wartością są relacje. Zarówno rodzinne, jak i przyjacielskie. Niektórzy mówią, że warto mieć garstkę przyjaciół, ale sprawdzonych. A MM budowała i pewnie buduje wiele przyjaźni i chyba miała do tego nadzwyczajny talent. Nie mówi o sobie zbyt wiele, ale możemy wywnioskować, że jest pogodna jak Gabrysia (którą bardzo mi przypomina) i często podnosi kogoś na duchu, bo przecież Uśmiech jest aktem męstwa! Podkreśla za to, że była nieśmiała, co skutecznie zwalczała działaniem.

Jej przyjaźnie są silne i takie „zadbane”, niegroźna im jest odległość, czas, rozłąka, a nawet zmiany w życiu. Po prostu są pielęgnowane jak ogród., a w tym ogrodzie MM ma właśnie mnóstwo dobrych ludzi.

Jeżeli macie możliwość to bardzo Was zachęcam do przeczytania Tym razem na serio. Być może tak jak i ja z przyjemnością dostrzeżecie, że świat Borejków istniał i istnieje. I w zasadzie jeśli sumiennie i z zaangażowaniem zastosujemy w swoim życiu ciepło, humor i empatię wobec innych, możemy na własną skalę taki świat sobie stworzyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s