Kartka z kalendarza: 15 sierpnia 1979 r.

U Lisieckich było dzisiaj pogotowie – powiedziała pani Basia owym szczególnie
znaczącym tonem, jakim zazwyczaj mówi się o chorobach i nieszczęściach.

– Tak? Ciekawe za czyją przyczyną – mruknęła Ida, popijając herbatę „Popularną” z
porcelanowej filiżanki i sięgając po domowe wafle. – Może Jarek i Marek tym razem
pomalowali na zielono własną matkę?

– Nie, jeśli pomalowali, to na pewno nie matkę, matka jest w NRD. Pojechała na
tydzień odwiedzić męża. Ta jej gruba siostra zamieszkała u niej, żeby się zająć chłopcami.

– Wobec tego pogotowie przyjechało po chłopców – stwierdziła Ida domyślnie. – Ta
gruba nie mogła ich obu naraz upilnować.

– A ciekaw jestem, skąd Basia ma takie dokładne informacje? – spytał z
niezadowoleniem pan Paszkiet.

– W kolejce kobiety mówiły. To była długa kolejka, do papierniczego. Więc
wszystkiego się dowiedziałam. Szkoda tylko, że papier się skończył tuż przede mną.

– Krzysiu – polecił pan Paszkiet. – Otwórz no. Ktoś dzwoni.
Domowe wafle, które Basia wypiekała w staroświeckich żeliwnych formach, miały
kształt liścia koniczyny i posmarowane konfiturą z róży smakowały niebiańsko. Panna
Borejko zjadła już prawie dwa takie cuda, kiedy znajome brzmienie głosu wchodzącej osoby
odebrało jej nagle apetyt.
Odwróciła się i ujrzała Paulinkę.
Była piękna i elegancka jak nigdy dotąd. Idzie po prostu zaparło dech z bezradnego
podziwu i – co tu ukrywać – zawiści. Romantyczna sukienka, z jedwabiu w kolorze wina, z
niesłychanie wyrafinowanym zestawem zwiewnych jedwabnych szaliczków, podkreślała
wspaniały koloryt cery i włosów tej robaczywej Pauliny. Ida czuła, jak ona sama nagle
gaśnie, szarzeje, niknie i zamienia się w coś przypominającego rozdeptaną ćmę. Jakże
boleśnie odczuwała w tej chwili swoją brzydotę, chudość swoich nóg, długość rąk,
kanciastość ramion, brak wdzięku i towarzyskiej swobody. Jakże przykro było poczuć nagle,
że nie jest już najważniejsza dla pana Paszkieta i dla Krzysia, a nawet dla Basi, która –
negatywnie, ale jednak – też zajmowała się Paulinką. Co do Krzysia, wystarczyło na niego
spojrzeć w tej chwili, by wiedzieć, że w istocie nie potrzebuje od Pauliny mądrych rozmów i
błyskotliwych uwag na temat Schopenhauera. Naburmuszony i niechętny, Krzysztof nie
odrywał jednak od Pauliny zachwyconego wzroku. Zapomniał zupełnie, że Ida istnieje na tym
globie, w tym mieście, w tej dzielnicy, w jego domu wreszcie, na krześle obok. Idy nie było.
Nie było też dziadka ani Basi. Była tylko Paulina. Właśnie siadała, mieniąc się barwami, na
krześle podsuniętym jej przez pana Paszkieta – przez uśmiechniętego, radosnego pana
Paszkieta! Jedna tylko Basia, kochana istota, założywszy ręce na brzuchu, nasępiwszy siwe
brwi, wydymała policzki z wyrazem niechętnego oburzenia. Wyglądała, jakby z trudem
opanowywała chęć pozbycia się elegantki – i to dowolnym sposobem.
Tymczasem Paulina, z wdziękiem pełniąc rolę pępka świata, przysunęła krzesło do
stolika i radośnie skomentowała obecność na nim jej ulubionych wafelków domowych.

– Strasznie dawno ich już nie jadłam! – upajała się dalej. – Nikt ich nie potrafi upiec tak
jak pani Basia!…

– Ida, weź sobie wafla – powiedziała na to staruszka głosem ponurym i znaczącym,
jakby chciała zademonstrować, której z obecnych dziewcząt lepiej życzy, i zasugerować, że
pośpiech byłby wskazany, bo Paulina pożre wszystkie wafle.

– Basiu, a śmietanka! – gorączkował się pan Paszkiet ze swego fotela. – Paulina lubi
przecież kawę ze śmietanką!

– Nie ma – z pasją odrzekła Basia.

– To mleko…

– Też nie ma.

– Ależ ja sam widziałem, w kuchni…

– Jak pan Karolek sobie życzy, ale to nie jest dobre mleko. Lucyper w nim pysk
maczał – powiedziała Basia grobowo i przewróciła oczami.

– Ależ doprawdy! – zaszczebiotała Paulinka, higienicznie pochłaniając wafel. – Proszę
sobie nie robić… – kęsek – kłopotu… przyszłam przede wszystkim… – kęsek – do Krzysia…
mam ważną sprawę… – kęsek. I – może, Krzysiu, przeszlibyśmy do twego pokoju?
Ida nieomal zastanawiała się, dlaczego nie słychać buczenia przy tym uprzątaniu
wafli.
„Ona też mnie nie dostrzega – pomyślała. – Nawet na tyle, żeby się ze mną przywitać”.
Nikt jej nie dostrzega. Gdyby teraz na przykład zwisła martwa w krześle, nikt – no,
może z wyjątkiem Basi, ale marna to pociecha – nie zauważyłby jej zgonu. Gdyby teraz
wstała i wyszła, też by nikt tego nie widział.
Wstała na próbę. Wzięła torebkę.
Przyjemnie byłoby się przekonać, iż była niesprawiedliwa. Zrobiła kilka kroków ku
werandzie. Nikt na nią nie spojrzał. Więc wyszła. Zstąpiła ze schodków werandy i powlokła
się ogrodem do wyjścia na ulicę.
Nikt za nią nie zawołał. Pewnie.
2

– Dzień dobry – rzekł na progu Jarek Lisiecki.

– Dzień dobry – odparł ojciec Borejko uprzejmie, lecz niewyraźnie, przełykając ostatni
kawał pieroga z jagodami. – Wy do kogo, młodzi ludzie? – Zupełnie ulotniło mu się z pamięci,
że widział już kiedyś tych chłopaczków. Blade i niewyraźne ich twarze z niczym mu się nie
kojarzyły.

– My do tej pani – burknął starszy chłopiec.

– Do mojej żony? – odgadł pan Borejko po dłuższej chwili szukania w myślach.

– Ja tam nie wiem, czy to pana żona – odrzekł chłopiec tonem starca wszechstronnie
doświadczonego przez życie.

– Zapewniam cię, że tak, jeśli myślimy o tej samej osobie – oświadczył z galanterią
ojciec Borejko. – Milu, pozwól tu na moment!
Mama nadeszła z głębi kuchni, wycierając ręce. Właśnie przed chwilą cedziła ostatnią
partię pierogów. W kuchni cała rodzina (oraz Janusz Pyziak, który się zasiedział i został
zaproszony na obiad) beż wytchnienia pożerała pierogi, polewając je śmietaną beztłuszczową.

A, to wy – powiedziała do Lisieckich bez entuzjazmu, przewidując nowe kłopoty. – O
co chodzi tym razem?

– Przyszliśmy po forsę – wyrwał się mały Lisiecki i zaraz został uciszony przez
starszego celnym kopnięciem. Najwidoczniej miało się to odbyć bardziej dyplomatycznie.

– Chcemy pożyczyć z powrotem te pieniądze, co nasza mama oddała – upiększył swe
żądanie starszy Lisiecki. – Na tydzień.

– A – ale… – zająknęła się pani Borejko. – Ale co wasza mama na to powie? Czy wie?

– Nie – mruknął Jarek. – Mama pojechała do Niemiec. Na tydzień.
Ciotka Teresa z nami została, ale rano ją zabrało pogotowie. To my teraz jesteśmy bez
pieniędzy.

– I nie mamy co jeść! – wyrwał się znów mały.

– My byśmy za tydzień oddali. Mama przyjedzie i przywiezie dużo towaru, to jeszcze
byśmy kiełbasy przynieśli – kusił Jarek z doświadczeniem starego handlowca.

– Czekajcie, czekajcie – złapała się za głowę mama Borejko. Wejdźcie no i zamknijcie drzwi.
Weszli.

Więc jak to, jesteście zupełnie sami? Nie macie żadnej rodziny?

– Na wsi mamy.

– A sąsiedzi?

– Nie lubią nas.

– Hm, tak. A co się stało ciotce?

– Brzuch ją bolał w środku! – zentuzjazmował się nagle mniejszy Lisiecki. – Wycięli
jej jakąś torebkę.

– Woreczek! – poprawił go po ojcowsku starszy brat. – Będzie w szpitalu dwa
tygodnie. Pielęgniarka do nas przyszła i powiedziała.

– Ale forsy nie dała – wyjaśniająco wtrącił mały Marek.

– Rzeczywiście, jesteście w ciężkiej sytuacji – przyznała mama Borejko. – Dostaniecie
pieniądze, naturalnie. Ale wiecie co?

– Co? – spojrzeli podejrzliwie bracia Lisieccy.

– Umówimy się tak, że co dzień zameldujecie się u mnie po parę złotych. Żebym
wiedziała po prostu, co się z wami dzieje. I żebyście nie wydali wszystkiego na gumę do
żucia. A teraz chodźcie za mną – to mówiąc pociągnęła chłopców do kuchni, posadziła ich za
wielkim stołem, dała pierogów i kompotu śliwkowego, uciszyła fukającą, oburzoną Idę i
zaśmiewającą się Pulpecję, wreszcie sama usiadła i zastanowiła się głęboko.
Bracia Lisieccy wsuwali pierogi beznamiętnie, lecz sprawnie. Ich apetyt wskazywał,
że dość dawno nie jedli. Mama Borejko, przyglądając się im dyskretnie, przyznać musiała, że
maniery ich nie pozostawiały nic do życzenia. Więcej, przewyższały wszystko, na co stać
było Nutrię i Pulpę, nawet gdyby się bardzo postarały – a nie starały się nigdy. Nad
etykietalne nudziarstwo przedkładały radosne spożywanie pierogów palcami, gadanie z pełną
gębą, wykradanie sobie nawzajem śliwek z kompotu, targowanie się o jeszcze trochę
śmietany i opowiadanie przy stole dowcipów o robakach. Lisieccy pojadali godnie, w
milczeniu, spałaszowali jednocześnie wszystko do ostatniej okruszyny, jednocześnie odłożyli
widelce, jednocześnie beknęli i uśmiechnęli się mętnie, ukazując niebieskie od jagód ząbki.

– Dziękuję – powiedzieli zgodnie.

– To my dziękujemy – odpowiedziała, zataczając oczami. Ida Borejko i zrobiła straszną
minę rudego kościotrupa. Lisieccy wcale się nie przestraszyli, tylko uśmiechnęli uprzejmie, jakby chcieli podziękować.

– Już mam skrystalizowany cały plan – oświadczyła nagle mama Borejko.

– Ja nie chciałem… – nie zrozumiał mały Marek, któremu się zdawało, że ktoś mu
zarzuca uczynienie plamy na obrusie.

– Przychodźcie wy co dzień na obiad do nas – ciągnęła mama. – I co dzień po obiedzie
dam wam pieniądze na zakupy. Kupicie sobie coś na kolację i śniadanie następnego dnia.
Broń Boże gumę do żucia czy pepsi. Jak wróci pani Lisiecka, to już jakoś tam się rozliczymy.


Mama, która się z kimś rozlicza! Ida i Gabrysia wymieniły spojrzenia.

– Niezły pomysł – obudził się tata Borejko, unosząc wzrok znad „Głosu Wielkopolski”.

– Słuchaj, Milu, kochanie, już od pewnego czasu chciałem cię zapytać, kim są ci dwaj młodzi
dżentelmeni?

Fragment pochodzi z Idy sierpniowej, autorstwa Małgorzaty Musierowicz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s