31 grudnia 2000 r.

Przed godziną dziewiątą Mila coś jeszcze drukowała u Grzesiów. Ignacy dawno już się
ubrał wizytowo (w przeciwieństwie do żony lubił wszystko robić z rozsądnym wyprzedzeniem).
Przygładził nieliczne srebrne kędziorki, otaczające łysinę i przetarł wodą kolońską
wygolony podbródek oraz pobrużdżone policzki.
Miał jeszcze kłopot z krawatem, więc udał się do pokoju Strybów i znalazł tam nie tylko
żonę, ale i starszego wnuka, siedmioletniego Ignacego Grzegorza. Pilnie i chętnie pomagał on
babci w układaniu wydruków. Dziadek ogarnął czułym spojrzeniem mądrą, poważną twarz
dziecka, jego zwinne, pracowite paluszki oraz wypukłe, obiecujące czoło pod jedwabistą grzywką.
O tego wnuka mógł być najzupełniej spokojny.

– Wre praca, świeży miód pachnie tymiankiem (Wergiliusz – „Eneida”) – zażartował,
zbliżając się do malca, na co Ignaś się uśmiechnął, rozpoznając cytat, i zapytał, czy to prawda, że starożytni bardzo lubili pszczoły.

– Ach! Rzecz jasna! – dziadek z radością podjął ulubiony temat. – I to zarówno Grecy, jak Rzymianie. Byli wprost urzeczeni pszczołami, czego ślady znajdujemy w ich sztuce, a zwłaszcza w literaturze. Spójrz choćby na „Georgiki” – cała czwarta księga poświęcona jest pszczołom. Nic dziwnego: od Donatusa wiemy, że ojciec Wergiliusza zajmował się pszczelarstwem i nawet dorobił się na nim fortuny.

-A znów w szóstej księdze „Eneidy”… – podsunął Ignaś, jakby słuchał ulubionej bajki,
opowiadanej po raz setny, i dziadek zrozumiał, że tak chyba jest istotnie, lecz nie umiał się oprzeć i zacytował z lubością: – …jak w jasnym dniu lata pszczoły sił roje, zlatujące na łąkę,
Ku kwiatom różnej krasy i wirując / Dokoła lilii rozjarzonych bielą,
Aż całe pole w tym brzęku dygocze.

-Przekład Zygmunta Kubiaka – dorzucił Ignacy Grzegorz, jakby dopełniał znaną sobie
bajkę zwrotem: „i żyli długo i szczęśliwie”.
Mila skończyła drukować i zebrała kartki do plastykowej koperty. Właściwie, była już
ubrana w tę wieczorową sukienkę, przy której jej śliczne włosy lśniły czystym srebrem, ale musiała jeszcze znaleźć czarne pantofelki, a dość dawno ich nie używała.
Tu przydatny okazał się Józinek, który zawsze wiedział, gdzie co leży, gdyż był niezwykle
dobrym obserwatorem. (Nie można było tego powiedzieć o Ignasiu – on z kolei cechował się
niespotykanym roztargnieniem i obojętnością dla spraw przyziemnych).
Ubrawszy się wreszcie, dziadkowie zostawili mieszkanie na pastwę byłej Grupy ESD i
wychodząc, pomachali rękami w stronę córek – Idy i Gabrysi – które miotały się jeszcze w kuchni,
lukrując na chybcika makowce i polewając czekoladą piernik.
Ignacy i Mila byli zaproszeni na kolację do Moniki Pałysowej, teściowej Idy. Jak co roku,
Monika przybyła ze Stanów na Boże Narodzenie i, jak co roku, nie mogła się zdecydować na
powrót.
Ta najdawniejsza przyjaciółka Mili co roku o tej samej porze wyrażała zdumienie i
wdzięczność dla Opatrzności, która w tak cudowny sposób połączyła na nowo drogi ich życia, co
roku też przedstawiała w zawoalowany sposób nieokreślone zastrzeżenia wobec Idy i co roku tak
samo narzekała na panujący w Polsce bałagan, korupcję i schamienie obyczajów.

Ale dziś – powiedziała Mila, kiedy po kolacji wracali już z Ignacym przez mroźne ulice –
Monika wzięła mnie na stronę, popłakała się i oznajmiła, że tym razem wróciła na dobre. Kupuje
mieszkanie na Jeżycach – i wyobraź sobie tylko, gdzie! Ignacy uczynił pewien wysiłek, ale nie wyobraził sobie.

-Na Polnej! – zakrzyknęła Mila.

-Ha! – rzekł filozoficznie Ignacy.

-Zbudowano tam eleganckie bloki. Niedaleko miejsca, gdzie stała nasza oficynka.

-Przykro mi było, kiedy ją zburzono – powiedział w zadumie Ignacy i tym razem wyobraził
sobie bez trudu, jak przykro musiało być Mili, która tam się wychowywała od urodzenia. A
przecież nigdy ani słowem się nie użaliła. – Jesteś – dodał z uśmiechem, ściskając czule ramię żony najbardziej tajemniczą kobietą, jaką spotkałem w życiu.

-Nie spotkałeś ich zbyt wielu – wytłumaczyła mu Mila.

-Która godzina? – spytał.

-Dopiero wpół do dwunastej.

-A my już wracamy do domu?

-Chwileczkę, a kto powiedział Monice, że jest za stary na nocne imprezy?

-Ja powiedziałem, ale to dlatego, że u Moniki zawsze jest nudno nie do opisania – wyjaśnił.

– Pomyślałem sobie ponadto, że w tym mieszkaniu okna wychodzą tylko na ulicę Fredry…

-No to co?

-…i że nie zobaczymy fajerwerków, bo to jest ulica wąska i mocno zabudowana.

-Przecież nie cierpisz fajerwerków, Ignacy, uważasz je za prostackie.

-Tak, Milu, lecz dziś jest ostatnia noc tysiąclecia i w związku z tym spodziewam się
absolutnie niewiarygodnej feerii. To trzeba zobaczyć. Będzie to widowisko jedyne w swoim
rodzaju. Powinniśmy tylko pójść w miejsce, skąd jest najlepszy widok na całe miasto.

-Na wieżowcu Akademii Ekonomicznej – przypomniała sobie Mila – jest taras widokowy.
Ale i restauracja. Na pewno tam się odbywa jakiś nuworyszowski bal.

-Nie mów nic – rzekł on. – Powierz się mej opiece, Milu.
Ożywieni, ruszyli szybciej przez mroźne ulice. Z mijanych restauracji i klubów dobiegały
pokrzykiwania, muzyka, a częściej – łomot, pijane śpiewy i wybuchy śmiechu. Od czasu do czasu
odzywała się w dali pojedyncza detonacja – to niecierpliwi miłośnicy sztucznych ogni już odpalali
to i owo ze swych zapasów.
Bardzo szybko małżonkowie znaleźli się na ulicy Ogrodowej, w tym jej punkcie, który leży
na wzgórzu, w ścisłym centrum miasta. Po jednej stronie tej ulicy rozciąga się rozległy park, po
drugiej – stoją stare kamienice, luksusowa plomba z mieszkaniami na wynajem, a także wciśnięty
pomiędzy to wszystko blok z lat sześćdziesiątych, zbudowany z wielkiej płyty, a wysoki na pięć
pięter.
Ignacy ku niemu właśnie poprowadził żonę. Bez wahania wkroczył z nią do bramy, bez
trudu trafił do windy, przywołał ją i pojechali, poskrzypując, na ostatnią kondygnację, gdzie
mieściły się drzwi do strychów. Przed samym szybem windy błyszczało okno, wychodzące na
park. Ignacy otworzył je nie bez wysiłku.

-Popatrz! – zawołał uradowany.
Rzeczywiście, doskonale było stąd widać – ponad czubkami starych kasztanowców –
rozległą panoramę miasta w kierunku południowym i wschodnim. Niebo nie było wcale ciemne,
rozjaśniała je łuna miejskich świateł, setek tysięcy błyszczących punkcików o różnych kolorach.
Dopiero wysoko – wysoko pogodne i gwiaździste niebo przechodziło w ciemny, czysty granat. Po
wschodniej stronie ciągnęły się aż po horyzont ogromne skupiska nowych osiedli – bloków i
wieżowców. Na wprost, za parkiem, zaczynała się już stara robotnicza Wilda. Widać też było
nowoczesny budynek Multikina, do którego oboje bardzo lubili się wymykać w tajemnicy przed
córkami (pokpiwały z ich nagłego upodobania do sztuki masowej; ale nie wiedziały, że oni czuli
się w tym kinie znów młodzi i weseli, kiedy tak zasiadali w wielkich, wygodnych salach, z torebką
popcornu albo wielkimi porcjami lodów). Przez cały czas, gdy Ignacy obserwował niebo, widział
wzbijające się, to tu, to tam, świetliste żmijki pojedynczych rakiet.

-Widok wspaniały – przyznała Mila, opierając się o męża i patrząc tam, gdzie on.
Ignacy spojrzał czule na jej miły profil.

-Wszystko jeszcze przed nami – rzekł obiecująco i zatarł ręce, bo mroźne powietrze nocy
wpadało przez okno coraz odważniej. – Włóż czapkę i rękawiczki, Milu, bardzo cię proszę.

-Która godzina?

-Za dziesięć dwunasta. No i popatrz: dożyliśmy końca millenium. Co by na to wszystko
powiedział Horacy?

-Dlaczego mielibyśmy nie dożyć, Ignasiu. Czujemy się wcale nieźle, jeśli nie liczyć
mojego reumatyzmu…

-I mojej choroby wieńcowej…

-Może chociaż w nowym millenium przestań sobie wmawiać choroby, mój drogi. Nie
jesteśmy jeszcze tacy starzy…

-I tu właśnie, Milu – rzekł uroczyście Ignacy – chciałbym cię zaskoczyć. Jak wiesz, nigdy
nie pamiętam o ważnych datach naszego wspólnego życia. Dziś jednak – nie taję, że pod wpływem
Gabrysi – postanowiłem o czymś pamiętać. O twoich urodzinach.

-Wiesz, a ja właśnie bardzo chętnie bym o nich nie pamiętała.

-Niesłusznie, bo to okrągła rocznica. Kończysz sześćdziesiąt pięć lat!

-Zapomniałabym tym chętniej.

-Cóż by to zmieniło? – zdziwił się Ignacy. – Milu, wszystkiego najlepszego. Jak wiesz,
nigdy ci nie umiałem kupić naprawdę udanego prezentu…

-Laptop – przypomniała Mila skrótowo.

-Grzegorz – wyjaśnił równie skrótowo Ignacy. – Sam jednakże nie jestem biegły w
obsypywaniu cię udanymi prezentami….

-Dlaczego po czterdziestu dwóch latach naszego pożycia zapragnąłeś mnie obsypywać
udanymi prezentami? – zainteresowała się jego żona.

-Dla odmiany, Milu. Pomyślałem o tych wszystkich twoich urodzinach, których nie
obeszliśmy… i o imieninach, bo jutro jest przecież (jak twierdzi Gabrysia) Melanii… i o wszystkich
prezentach, jakich n i e dostałaś… i zdecydowałem się na coś takiego.
To mówiąc, Ignacy wyjął z kieszeni malutkie pudełeczko zawinięte w jedwabistą bibułkę,
po czym wręczył je żonie.
Milę zamurowało.

-Nie wierzę własnym oczom! Biżuteria?! – zdumiała się po chwili, wydobywając z
pudełeczka złoty łańcuszek. Na jego końcu migotało malutkie złote serduszko.

-O, nie martw się – pospieszył z uspokojeniem Ignacy.

Zdziwiłabyś się, jakie to było niedrogie.
Lecz Mila nie słyszała.

-Wiesz – powiedziała wzruszona – przez całe życie chciałam, żeby choć raz ktoś mnie
potraktował nie na serio… Jak takie słodkie, niedobre, kapryśne i zepsute stworzenie, które nic, tylko przyjmuje od mężczyzn złoto i brylanty…

-Naprawdę? – zdumiał się Ignacy. – Ale dlaczego, Milu, chciałaś czegoś tak dziwacznego?

-Żeby się przekonać, jak to jest – wyjaśniła.

-No, wiesz? Jakbym zgadł! W tym serduszku jest brylancik.
-I jak się czujesz?

-Mniej więcej tak samo, jak przedtem – stwierdziła trzeźwo Mila. – Tylko że bardzo,
bardzo, bardzo rozpieszczona.

-Pozwól – rzekł Ignacy z namaszczeniem – że założę ci ten klejnot na szyję. Zdejmij szalik,
na moment… o, tak. I co?

-Wspaniale. Czuję się jak Dama Kameliowa.

-Milu, patrz!
Ogromny parasol z zielonych, migoczących gwiazd rozpostarł się z sykiem nad Ratajami.

-Zaczyna się! – zawołał podekscytowany Ignacy. – Za minutę północ!

-Żegnaj, wieku. Żegnaj, tysiąclecie – szepnęła Mila. Patrz! Patrz! – wykrzykiwał Ignacy,
czując dławienie w gardle wynikające z pierwotnej, chłopięcej emocji i zachwytu.
Na niebie pojawiały się już dziesiątki, już setki, już tysiące i dziesiątki tysięcy świetlnych
pocisków – małych, większych i olbrzymich, złotych i kolorowych. Jedne rozpryskiwały się w
drobny pył gwiazdeczek, inne słały przez całe niebo długie, syczące, świetliste smugi – ogłuszająca
kanonada trwała bez chwili przerwy, z ziemi wystrzeliwały wciąż nowe fajerwerki i nie było już
wiadomo, gdzie najpierw patrzeć.

-Patrz! Multikino strzela! – zawył Ignacy, nie panując już nad emocjami, jakby nigdy w
życiu nie słyszał o stoikach.

-Jakie to piękne! Patrz!

-Nie powtarzaj co chwila „patrz”, bo ja patrzę – mitygowała go żona, lecz daremnie. Ignacy
był jak w transie.

-Patrz! Patrz tam! Wilda eksploduje! – ponad gęsto zaludnioną dzielnicą wznosiły się istne
słupy ognia, nieustająca seria wybuchów zagłuszała wszelkie inne dźwięki.

-To szaleństwo – powtarzała Mila ze zgrozą. – To szaleństwo. Kiedy sobie wyobrazisz, ile
pieniędzy idzie właśnie z dymem… to gorszące. Ale takie ładne, że aż sama mam ochotę coś
odpalić.
Ignacy palnął się w czoło.
Pobiegł do kąta za szybem windy i z zakurzonych ciemności wydobył przyniesiony tu rano
koszyk, nakryty serwetką. Zawierał on butelkę niedrogiego szampana oraz dwa kieliszki, a także
podłużny, plastykowy pakiet: zestaw tanich pocisków produkcji dalekowschodniej – od malutkich
„pszczółek” po grube kiełbachy na patykach.

-Jak widzisz – zawołał, przekrzykując ciągły łomot i strzelaninę – spełniam twoje marzenie!

A po chwili dodał uczciwie: – Swoje też…
Otworzył całkiem wprawnie szampana, nalał do obu kieliszków. Wypili, pocałowali się
pospiesznie.

-Do dzieła! – zakrzyknął niecierpliwie Ignacy i wydobywszy z kieszeni pudełko zapałek,
podpalił lont pierwszej petardy, po czym z okrzykiem satysfakcji wyrzucił ją przez okno.
Wybuchła jeszcze w powietrzu, co go niezmiernie ucieszyło.
We dwoje poradzili sobie z zapasem bardzo szybko, lecz na pocieszenie mieli jeszcze
wspaniałe widowisko za oknem. Chyba każdy mieszkaniec Poznania odpalił tej nocy choćby
najmniejszą petardkę. Kanonada trwała równą godzinę, aż wystrzelono wszystko i już tylko
pojedyncze smużki ognia ulatywały anemicznie w zadymione niebo.

-To jednak było cudowne – stwierdziła Mila. – Najpiękniejsza noc naszego życia.

-No, nie wiem – sprzeciwił się Ignacy. – A pamiętasz tamtą. .
Mila nie dała mu dokończyć.

-Tak! – zawołała. – Tamta była najpiękniejsza.

-A! Widzisz. Chodźmy do domu.
W domu jednakże trwała w najlepsze zabawa. Ignacy i Mila stanęli na chodniku,
zasypanym tekturowymi i plastykowymi tutkami po rakietach i fajerwerkach, spojrzeli w okna
zielonego pokoju. Przez firanki widać było, że Kłamczucha tańczy fandango, Ida z Markiem całują
się przy choince, a Grześ i Gabrysia płyną w walcu przez cały pokój. Patrycja, stojąca tuż przy
oknie, trzymała się za brzuch ze śmiechu, otoczona gromadką śmiejących się przyjaciół, a reszta
dawnej grupy ESD, z małżonkami i nawet dziećmi w różnym wieku, wypełniała pokój, tańcząc,
żartując, dyskutując albo po prostu jedząc.

-Wychowało się tu u nas – rzekł Ignacy z zadowoleniem – całkiem miłe stadko.

-To prawda – zgodziła się Mila.

-Nie będziemy im chyba przeszkadzać? Bawią się tak świetnie.

-Nie przeszkadzalibyśmy. Ale zmarzłam i chce mi się spać. Marzę o łóżku.

-No, to wejdźmy po cichu i schowajmy się w naszym pokoju.
Ostrożnie otworzyli drzwi mieszkania, ale i tak nie było ich słychać w ogólnym gwarze.
Bawiono się przy muzyce z płyt kompaktowych – niegłośno, ale intensywnie. Ignacy i Mila
wślizgnęli się do swojego zacisza, zapalili nocną lampkę i zamknęli od wewnątrz drzwi.
Stare, miłe sprzęty powitały ich spokojnie, rzędy książek odbiły się w szybach czarnego
okna. Wielki filodendron rozpościerał ciemnozielone łapy ponad wezgłowiami ich tapczanów,
przewidująco pościelonych przed wyjściem.
Zdjęli płaszcze, buty i ubrania. Mila odwiesiła sukienkę do szafy. Odchyliła kołdrę
rozpostartą na swoim tapczanie – i wydała lekki okrzyk. Pod kołdrą leżała bowiem mała Lusia,
głęboko uśpiona, różowa i cieplutka, w piżamce oraz kapciach.
Śmiejąc się cicho, Mila ostrożnie położyła się obok wnuczki, przykrywając siebie i ją
brzegiem kołdry. Ignacy też się uśmiechał, bo w swoim łóżku znalazł pod kołdrą Józinka,
kompletnie ubranego, pogrążonego w mocnym, zdrowym śnie na wyboistym podłożu z komiksów
oraz autek.
Z westchnieniem ulgi położył się obok wnuka, rozprostował stare kości i zamknął oczy,
czując, jak z wolna rozgrzewają mu się stopy, bardzo jednak zmarznięte.

-Zgaś światło, Milu, i przeczekamy jakoś do końca balu – powiedział, ziewając. –
Chciałbym umyć przynajmniej zęby.

-Ej, nie zrzędź – mruknęła Mila, pstrykając wyłącznikiem lampki. Przez chwilę panowała
cisza, aż Ignacy odezwał się w ciemnościach: – Jak oni spokojnie oddychają, co?

– Uhm. Wiesz, o kim myślę w tej chwili? O Gizeli. Zawsze w urodziny myślę o Gizeli.
Tęsknię za nią.

-A wiesz, że ja także – powiedział z zaskoczeniem Ignacy.

-No, śpijmy.

-Dobranoc, Milu.

– Ignaś…

-Hm?

-Było tak cudownie.

-Dziś?

-Zawsze – odpowiedziała Mila sennie.

Fragment pochodzi z Kalamburki autorstwa Małgorzaty Musierowicz

Ilustracje: Małgorzata Musierowicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s